>




~*~Księga Legend~*~

"Dopisz opowiesć"
"Czytaj"

"Kroniki"
2005
marzec
luty
styczeń
"Linki"
Bohaterowie
Nariell
Kaleb
Rilaqua
Taren
Adenaro

Magiczne miejsca
Kapitan Scarlet Sangre
Lady Faelwen
Lerema
Lady Nimrodel


Mirwen
Mężczyzna ocknął się. Zobaczył pochyloną nad sobą twarz młodej dziewczny.

-Widziałem już twoją twarz....-powiedział słabym głosem.

-Jak ma pan na imię? Dlaczego więzili pana w lochach, do których wejścia są zabarykadowane? -Linna zasypała starszego człowieka pytaniami.

-Linna, powinien odpocząć. Nie wypytuj go. -Garreth delikatnie odsnunął dziewczynę od łoża chorego.

-Mirwen? Jak to możliwe...? Zawsze zjawiałaś się niczym dobry duch... Musisz powstrzymac Dacjana...-jęczał starzec.

-Mirwen? -Linna znowu zbliżyła się do łoża człowieka. -Dziewczyna klejnot... Czy ona jest elfką?

Niestety nie dowiedziala się niczego, gdyż mężczyzna zasnął.

-Co to wszystko znaczy...? -zapytała Linna.

-Może ty mi to wyjaśnisz?- zapytał Garreth. Linna spojrzala na niego zdziwiona.

-Tak ty. Dlaczego szukalaś w murach wejścia do lochów? Skąd wiedziałaś o nich?

-Nie wiem...ze snu...

-Z snu?!

-Tak...w dodatku nie tego lochu szukałam...choć bardzo przypominał mi komnatę z mojego snu...

-Myślę, że powinniśmy powiadomić Mistrza Kuthina...- Garreth wybiegl z pokoju.

. . . . : : : : . . . .

Amelia weszła do komnaty.
-Tutaj jesteś! Szukałam cię. Kim jest ten mężczyzna?- Amelia zbliżyła się do łóżka przy którym siedziała Linna.
-Znaleźliśmy go w lochach z Garrethem.- odparła i spojrzała na Amelię. Księżniczka odsunęła koc zasłąniający twarz mężczyzny. Kiedy ją zobaczyła, zbladła i upadła zemdlona na ziemię.
Linna podniosła Amelię i ocuciła ją.

-Co się stało?- zapytała wciąż bladej jak płótno Amelii.

-Ten...człowiek...on jest...to mój ojciec!!

Wtedy do pokoju weszli Garreth, Kuthin i Arwath.

-Co się stało?- Arwath otoczył Amelię ramieniem.

-Amelia mówi...że to jej ojciec...- odpowiedziała za nią Linna. Książę i Kuthin spojrzeli na człowieka leżącego w łóżku.
-Istotnie...to mój wuj...-powiedział zdziwiony Arwath. -Ale jak to możliwe? Amelia mówiła, że nie żyje...

-Znalazłam go z Garrethem w lochach zamkowych.- wtrąciła Linna.

-Byliście w zamku?!-zagrzmiał elf. -Garreth! Kazałem ci jej strzec!

-I strzegł! Poszedł za mną do lochu.- broniła go Linna

-Niezupełnie...ona mi uciekła! Co miałem począć? Goniłem ją...a kiedy ją dogoniłem była już przy zamku...miałem ją przemocą z tamtąd odciągnąć?
Arwath ujłął dłoń wuja.

-Dobrze, że tak się stało...

-Ale...jak to się stało? Jak to możliwe...?- zapytała Amelia drżącym głosem.

-Możliwe, że ktoś dostał rozkaz zabicia króla, ale tego nie uczynił. Zamiast tego ukrył go w lochach. Trudno było się tam, dostać, toteż Dacjan musiałby najpierw odkryć loch, potem wejść do niego by sprawdzić czy rozkaz został wykonany.- snuła domysły Linna.

-Tak! Inocenty!- wykrzykła Amelia. -Inocenty pocieszał mnie po rzekomej śmierci mego ojca, że nie wszystko jeszcze stracone...nie wszystko, póki żyje nadzieja...on wiedział...wiedział, że tata żyje...ale nie mógł mi tego wprost powiedzieć...

Król ocknął się. Zobaczył piękne oblicze swojej jedynej córki.

-Amelio...Moje oczy ujrzały światło mojego życia...

-Tak się cieszę!- Amelia przytuliła się do ojca. Wtedy starzec zobaczył Linnę. Stała wyprostowana, trzymając się prawą ręką za przedramię lewej, jak miała w zwyczaju robić. Miałą poważną minę i uważne spojrzenie. Król odsunął delikatnie od siebie córkę.

-Mirwen...?- zwrócił się do Linny.- Jak to możliwe? Mówiono, że orkowie cię zabili... Czy wzrok odmawia mi posłuszeństwa?

Oczy Linny rozszerzyły się ze zdziwienia. -Ja nie...

-Twój wzrok nie odmawia ci posłuszeństwa. To córka Mirwen. Odpocznij teraz panie...- powiedział łagodnie Kuthin.

Wszyscy opuścili pokój. Tylko Amelia została z ojcem.

Córka Mirwen? Kim była Mirwen, że sam król ją zna? Dlaczego nosi elfickie imię? Kuthinie!- Linna pobiegła za tropicielem i domagała się odpowiedzi. Elf jednak milczał jak zaklęty.

-Mów! Co to wszystko znaczy?! Kim była moja matka?! Dlaczego...dlaczego ją zabili!? Gdzie jest mój ojciec!? Dlaczego...- Linnie zabrakło tchu i zakręciło się w głowie. Oparła się o mur. Łowczy widząc to objął ją ramieniem, by nie upadła. Ona jednak odepchnęła go i zaczęła się cofać. -Dlaczego widzę w snach rzeczy, do których potem jestem zmuszona dążyć? Dlaczego śnią mi się elfowie, ich pieśni, opowiadania, które powierzali małemu dziecku... Piękna pani o złotych włosach... Co to wszystko znaczy!? I dlaczego kryjesz to przedemną? -głos dziewczyny załamał się i upadła na kolana. Elf kucnął przy niej i podniósł jej podbródek. -Kim ja jestem? -zapytała Linna.

-Dowiesz się wszystkiego... Lecz nie teraz.- odparł. Linnie najwyraźniej nie w smak była ta odpowiedź, gdyż odepchnęła dłoń Kuthina. Szybko wstała i uciekła.

. . . . : : : : . . . .


-Skoro król żyje powinien jak najszybciej wrócić do zamku. -powiedział Arwath.

-W zamku jednak wciąż roi się od strażników Dacjana.- powiedział Garreth.

-Więc trzeba ich stamtąd przegonić. -uśmiechnął się Cyrus-przywódca banitów.

-Nie zdołacie. Jest ich wielu, a banitów ledwie grupa.- odparł młody tropiciel.

-Jest nas znacznie więcej niż mogłoby się wydawać młody przyjacielu.- odparł Cyrus, nie przestając się uśmiechać. -Powiedzcie tylko kiedy ruszamy.

-Ilu was jest? A ilu żołnierzy Dacjana?- zapytał Kuthin.

-Żołnierzy Dacjana jest około 700, nas 582, zdolnych do walki. Szanse są wyrównane. -powiedział inny banita.

-Wyrównane powiadasz? Ilu z was zna sztukę wojenną? -zapytał elf.

-Około... 50... Jednak my mamy czarodzieja i elfa! -zauważył Cyrus.

-Przyznam, że moje czary zwiększają nasze szanse, lecz nie jestem zdolny długo czarować. -odparł Euzebiusz. Arwath milczał, pogrążony we własnych myślach.

-Jednak w zamku są jeszcze żołnierze króla. Jeśli oni nam pomogą, bez większych przeszkód odbijemy zamek. -powiedział stary banita o niskim głosie.

-Po śmierci króla przeszli pod władzę Dacjana. -powiedział Garreth.

-Ale król żyje! I będą mu posłuszni! -wykrzyknął ożywiony Wojmir.

-Nie powinniśmy narażać króla...-mruknął Euzebiusz.

-A ty co o tym sądzisz Arwath? -zapytał Kuthin.

-Miałem tu przybyć po pomoc... Tymczasem mogę jeszcze oddać życie w walce...jeśli już zaatakowali Laurefin i mój ojciec nie żyją...a Miranda jest w niewoli...- powiedział cicho, patrząc w jeden punkt.

-Nie wolno ci tak nawet myśleć! Nawiązałem wczoraj kontakt myślowy z twym ojcem. Nie zaatakowali, lecz Książę wie już napewno, że to uczynią. Zostało 6 dni. -oświadczył Euzebiusz.

-Kiedy zdołasz zwołać pospolite ruszenie banitów? -zapytał Kuthin Cyrusa.

-Jutro z rana.- uśmiechnął się banita.

-Wtedy więc ruszamy! -powiedział Arwath.

2005-03-08 20:01:17 skomentuj (9)
Odchodzę, ale wrócę
Zawieszam działalność mojego bloga. Nie mam czasu teraz się nim zajmować. Obiecuję, że za około 3 tyg. dodam nową notkę...i... kto wie? Może pojawi się tutaj mój własny szablon:) Bardzo proszę moich kochanych czytelników i czytelniczki o zrozumienie i cierpliwość. Le suilon!!
2005-02-18 12:35:59 skomentuj (8)
Król

-Wasza wysokość obiecał, że nauczy mnie posługiwania się mieczem....jednak jak wasza wysokość zamierza tego dokonać? Nie posiadam własnej broni, a mój ojciec zaginął wraz z jego mieczem. Nie stać mnie na nowy.

-Nie jest to problem. –Arwath podszedł do ściany, gdzie położył miecz Kuthina. Amelia chwyciła miecz, będący w pochwie i podała mu go.

-Jest ciężki. –spostrzegła księżniczka.

-Owszem. –uśmiechnął się Arwath i wziął miecz. Podał go Wojmirowi. –Wielki Łowczy użyczy ci swego miecza.

Chłopak wyjął go z pochwy i spojrzał z zachwytem na klingę, zdobioną jakimiś znakami, których Wojmir nie umiałby odczytać nawet gdyby posiadał tę umiejętność. Niespodziewanie zaatakował księcia, ten zatrzymał jego cios. Wojmir odskoczył do tyłu, wtedy Arwath uderzył w jego miecz, wytracając go chłopcu z rąk.

-Nie wolni ci upuścić broni. Zapamiętaj to. –powiedział Arwath, podniósł miecz z ziemi i podał go Wojmirowi. Chłopiec zaczerwienił się po czubki uszu. Książę spojrzał na niego, a potem na Amelię, która wpatrywała się w nich.

-To naprawdę żaden wstyd. Masz miecz pierwszy raz w życiu w rękach. Nie jest tak? –zapytał. Wojmir pokiwał głową.

-Więc jeśli tak jest, to musze przyznać, że całkiem nieźle ci idzie. Myślę, że masz szermierkę we krwi.

Chłopak na te słowa rozpromienił się. Arwath dostrzegł, że chłopiec uległ fatalnemu zauroczeniu. Trudno mu się dziwić. Amelia była dziewczyną niezwykłej urody. Włosy sięgały jej niemal do pasa, były w kolorze kasztanowym, a oczy miała wielkie i ciemne, co było rzadko spotykane w tych stronach. Spojrzenie jej było ciepłe, jakby cały świat darzyła miłością, pomimo tego, co przeszła w swym krótkim życiu. Była dość wysoka, przez co wyglądała na starszą niż w rzeczywistości. Była księżniczką, w pełnym tego słowa znaczeniu.

Amelia uśmiechnęła się.

. . . : : : . . .

Linna znajdowała się w ciemnym tunelu. W ręce miała pochodnię. Czuła, że jakaś niewidzialna siła pcha ją, aby szła do przodu. Doszła do czarnych jak noc drzwi, popchnęła je i zobaczyła komnatę zalaną wodą. Nad wodą unosiły się królewskie insygnia: złota korona, białe rękawiczki z błękitnym klejnotem i miecz. Po wodzie zaś płynęły ku sobie dwa sztylety: jeden miał czarną klingę, drugi białą. W miarę jak zbliżały się ku sobie, kolory kling zaczęły przybierać odcienie szarości. Kiedy dzieliła je odległość zaledwie jednego ludzkiego paznokcia, Linna zerwała się z łóżka. Cała zlana była potem i dygotała z zimna. Chociaż miała otwarte oczy nic nie widziała, tylko nieznośną jasność, od której rozbolała ją głowa. Opadła z powrotem na łoże. Poczuła, że ktoś trzyma jej dłoń.

-Jak się czujesz? -usłyszała głos elfa. Podniosła powieki i zobaczyła jego zatroskane oblicze.

-Dobrze. -odsunęła swoją dłoń od jego. -Miałam...sen....

-Zły?

Dziewczyna spojrzała na elfa. -Nie wiem...ale budził we mnie niepokój... Jak długo spałam?

-Cały wczorajszy dzień, noc i dzisiejszy ranek. Jest już południe.

-Co zamierzacie dalej uczynić? -zapytała Linna.

-Musimy uciekać...- odparł Kuthin i zachmurzył się. -Dacjan i jego słudzy wkrótce nas wytropią.

-Dacjan? -Lina usiadła. Skrzywiła się z bólu, jaki poczuła w ramieniu.

-Leż! -Kuthin ułożył ją na powrót w pozycji leżącej. Dziewczyna chwyciła go za nadgarstek i spojrzała mu w oczy. Elf dojrzał w nich jakąś pasję, lub może paniczny strach?

-To wy nie wiecie...Amelia wam nie powiedziała...?-wyszeptała Linna.

-Co takiego miała nam powiedzieć? -łowczy spojrzał jej głęboko w oczy, chciał wyczytać to w jej myślach. odwróciła wzrok i utkwiła go w oknie.

-Dacjan...nie żyje...ja go....ja...zabiłam...

-Co takiego?!

-Broniłam się! -nagle elf zrobił coś, czego Linna zupełnie się nie spodziewała- przytulił ją.

-Co teraz...?

-Teraz musimy dostać się do zamku i uczynić Amelię królową. I wszystko zakończy się dobrze.

-Jak w bajkach...-uśmiechnęła się Linna, ale coś spowiło jej myśli cieniem-...które kiedyś...ktoś mi opowiadał...

Trzy dni później, gdy Lina trochę ozdrowiała, wybrała się na spacer w towarzystwie Garretha. W pewnym momencie młody tropiciel spostrzegł, że Linna kieruje się w strony zamku. Zatrzymał ją.

-To niebezpieczne! Nie idziemy tam!

-Może ty nie idziesz, mój drogi, ale ja wręcz przeciwnie!

-Rozum ci odjęło?! Tam są strażnicy Dacjana! Jeśli rozpoznają w tobie zabójczynię ich pana, zabiją ciebie i mnie!

-Wracaj więc do banitów, księcia, Kuthina i pięknej Amelii.

-Słuch mnie myli...? Jesteś zazdrosna o Amelię?

-Ależ skąd! Może i jest wyższa, powabniejsza...ma ładniejsze włosy...i oczy...ale nie potrafi nawet się sama obronić! -Lina poczuła się tak, jakby nieznośny szczeniak gryzł ją po nogach. Nie było to silne i powalające uczucie, lecz małe i uszczypliwe. Pierwszy raz w życiu poczuła zazdrość.

-Jesteś zazdrosna!

-Nie!

-Jesteś! Ale to nie jest powód, żeby iść na śmierć, wierz mi, dla mnie jesteś najpiękniejsza na świecie. -Garreth objął Linnę ramieniem i uśmiechnął się. Był to niecodzienny widok, gdyż chłopak ten miał zawsze wyraz twarzy kamiennych posągów. Dziewczyna spojrzała na niego z ukosa. Chwyciła jego dłoń i wykręciła mu palce. Chłopak z jękiem natychmiast wypuścił ją z objęcia.

-Co się z tobą dzieje? Nigdy tak nie reagowałaś na komplementy.

-Bo zwykle tyczyły się one moich umiejętności, czegoś co ja wiedziałam, gdyż nad tym ćwiczyłam. Wyglądu sobie nie wybierałam, więc nie chcę słyszeć na ten temat niczego.

-Dobrze. Nie będę się kłócił z taką gwiazdą jak ty!

Linna spojrzała na niego, ze sceptycznie uniesioną brwią. Odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę zamku.

-Czekaj! Miałem się tobą opiekować!! -krzyknął Garreth i pobiegł za nią.

. . . : : : . . .


-Jak z jej zdrowiem?- zapytał Arwath. Łowczy oderwał wzrok od okna i skierował go na pytającego młodzieńca.

-Dobrze. Z każdym dniem czuje się lepiej. Poszła z Garethem na spacer. A jak ty się czujesz?

-Mnie nic nie dolega, oprócz wątpliwości.

-Nie wiesz czy powinniśmy wracać bez wsparcia? Muszę ci coś powiedzieć...miałem to zrobić już trzy dni temu... Linna zabiła Dacjana. Amelia jest królową. teraz tylko trzeba aby zasiadła na tronie. I my jej w tym pomożemy.

-Musimy jej o tym powiedzieć.

Po chwili Wojmir przyprowadził księżniczkę. Arwath nakazał jej usiąść.

-Amelio, twój ojciec nie żyje. Ty jesteś jego następczynią...wiesz co to oznacza? -zapytał patrząc jej w oczy. Dziewczyna nagle odwróciła wzrok, jej dolna warga zaczęła drżeć, a po policzku spłynęła łza.

-Wiem...-zaczęła drżącym głosem.-...ale nie potrafię...Nie potrafię zmusić własnej służącej by robiła co jej nakażę, a co dopiero wojska...i całego miasta! Mój ojciec wiedział, że kiedyś umrze, i że nie będzie miał już syna...ale właśnie dlatego porozumiał się z twoim ojcem, mój drogi kuzynie, abyś przez małżeństwo ze mną objął rządy w Natchat.

Arwath nie mógł uwierzyć własnych uszom.

-Co takiego?!! Kiedy o tym rozmawiali!? Kiedy to ustalili!?- książę był wściekły.

-Uspokój się.- Kuthin położył rękę na ramieniu przyjaciela.

-Nie mogę! Nie mogę uwierzyć, że mój ojciec ustalił to beze mnie! Bez mojej zgody!

. . . : : : . . .

Linna długo obchodziła mury zamkowe.

-Szukamy tu czegoś?- zapytał Garreth. -Zauważą nas wkrótce!

Wtedy Lina znalazła małe drzwi, z przegnitego hebanu. Kopnęła je. Wchodziło się przez nie do dość wysokiego tunelu. Wyjęła swój sztylet i rzucała nań świetlisty czar, dzięki któremu ostrze sztyletu jarzyło się białym, mocnym światłem.

-Chyba nie chcesz....?- Garreth nie skończył wypowiadać pytania, gdy dziewczyna znikła w ciemności tunelu. -Czekaj na mnie! To się źle skończy...

Linna doszła do końca korytarza. Garreth dogonił ją. mieli przed sobą duże, drewniane drzwi.

-I co teraz?- zapytał tropiciel. Linna stałą bez ruchu wpatrując się w drzwi. Jeśli rzuciłaby czar, mogłaby uszkodzić sufit korytarza i zostaliby zasypani.

-Wracajmy. -Garreth odwrócił się z zamiarem opuszczenia tunelu, gdy Linna uderzyła z całej siły ramieniem w drzwi. naturalnie poczuła wielki ból w ramieniu, po ranie. Zachwiała się. Garreth chwycił ją.

-Oszalałaś?! Chcesz się zabić?!

-Nie...chcę tam wejść...-jęknęła Linna.

-Skoro tak ci na tym zależy...-tropiciel wyjął swój miecz, wbił go w drzwi. Zrobił tak jeszcze kilka razy, po czym kopnął z całej siły aż drewno pękło i drzwi otwarły się. Komnata, która znajdowała się za nimi była zalana brudną i cuchnącą wodą. Na ścianach wisiały przerdzewiałe łańcuchy. Nagle Linna spostrzegła we wnęce, jakiś kształt. Weszła do wody i podeszła doń.

-Co ty robisz?! Będziesz chora! -jak zwykle Garreth nic nie osiągnął swoim krzykiem. Linna zbliżyła się do człowieka, przypiętego do ściany za pomocą łańcuchów. Dotknęła jego szyi i wyczuła w nim życie.

-Garreth! Chodź tu! Tu jest człowiek!!


2005-01-21 12:54:56 skomentuj (11)
śmierć


Wysoka dziewczyna, o włosach w kolorze kasztanów, w których załamywało się złote światło, stała przed oknem swej komnaty. Drżała na całym ciele, po jej policzku spływała łza.

Ojciec nie żyje...co ze mną będzie?

Wtem ktoś bez pukania wparował do komnaty. Księżniczka szybko otarła łzy.

-Za trzy dni nasz ślub. –oświadczył chłodno Dacjan.

-Jak mogłeś?! To był twój stryj! – wyrzuciła z siebie Amelia, powstrzymując łzy.

-Niezupełnie. –Dacjan usiadł na łożu Amelii. –Twój ojciec nie był prawowitym synem Abdona. Miał inną matkę... –zaśmiał się gorzko i zaczął się bawić chustą Amelii, leżącą obok niego.

-Jak śmiesz! Wynoś się! Jak śmiesz tu przebywać!?! – księżniczka wyrwała z jego ręki delikatną chustę. On jednak nie puścił, materiał rozerwał się. Dacjan wstał i wyszeptał prosto do jej ucha:

-Wkrótce i tak będziemy dzielić łoże, po co ta złość?

Kiedy tylko za Dacjanem zamknęły drzwi się Amelia chwyciła kielich leżący na jej stoliku i cisnęła go w nie.

. . . . : : : : . . . .
Linna tymczasem szła jakąś ciemną, wąską uliczką. Pytała już trzy osoby jak dotrzeć do zamku i wszyscy obdarzali ją pogardliwym spojrzeniem. Była zmęczona. Miecz nie był lekki, a ona spędziła sporą część dnia na mieście. Oparła się o ścianę jakiegoś budynku, by odetchnąć. Kiedy rozmyślała nad dotarciem do zamku, „ściana” za jej plecami znikła i została wciągnięta do jakiegoś pomieszczenia.

. . . . : : : : . . . .
Nie będę czekać...nie mogę pozwolić by śmierć ojca poszła na marne...i by on go tak oczerniał! Nie mogę...nie mogę...Nie mogę się odważyć...! Amelia gorzko rozpłakała się. Nagle coś jak światło pochodni w mroku zaświtało jej w głowie. Banici! Jeżeli mi pomogą...obiecam im powrót do królestwa...tak się boję...może mnie nie skrzywdzą...ponoć są wierni królowi...ale...są wyjęci spod prawa... Amelia otarła łzę. Gdyby jej ojciec żył nigdy nie byłaby w takiej sytuacji. Muszę być silna...ale nie potrafię! Ojcze...ojcze...ja...nie zawiodę cię! Już postanowiłam! Amelia wyjęła pergamin i pióro.

. . . . : : : : . . . .
Linna wylądowała na ziemi, szybko wstała i wyjęła swój miecz. W ciemności, jaka panowała w pomieszczeniu, do którego została wciągnięta, nie widziała przeciwnika. Na ścianie wisiała tylko jedna pochodnia.

-Kim jesteś? I czego ode mnie chcesz?!- zapytała ostro.

-Nie widziałem, by ten szczur Dacjan wysyłał kobiety by szpiegowały. Widać posunął się aż tak daleko.

Przeciwnik natarł na Linę, ta jednak odparowała pchnięcie własnym mieczem.

-Nie jestem szpiegiem! A już na pewno nie Dacjana!- krzyknęła.

-Słowa! –Lina zobaczyła, że jej wróg uniósł miecz nad nią. Uprzedziła go i cięła swoją bronią. Klinga przeciwnika pękła. Linna znalazła końcem miecza jego szyję.

-Wypuść mnie stąd! Bo sama się uwolnię!

-W takim razie działaj, jeśli tylko potrafisz!

-Kim ty jesteś?! Dlaczego posądzasz mnie o służbę u tego zdrajcy?!

Nagle ktoś od tyłu bardzo mocno uderzył dziewczynę w głowę. upadła bezwładnie na ziemię.

Arwath zatrzymał się przy straganie z suknami, stał tam też Garreth. Obydwoje udawali, że oglądają szmaty, które tak naprawdę nie były warte połowy ceny jakie kazali za nie zapłacić.

-„Pod Złotą Nimfą” -tylko tyle powiedział młody tropiciel. Arwath udał się tam natychmiast. Mag i Wielki łowczy już na niego czekali.

-Jakie wieści?- zapytał książę.

-Twój stryj istotnie nie żyje. – powiedział Kuthin. –Ludzie mówią, że umarł na tę chorobę, która już od dawna trawiła jego ciało. Ale podejrzewam, że Dacjan przyczynił się w dużej mierze do śmierci króla.

-Lub sam ją zadał...- powiedział Arwath.

-twój kuzyn planuje wyjść za mąż za Amelię, w ten sposób obejmie tron, gdyż ani twój ojciec, ani jego brat nie wiedzą o śmierci króla Artura. –przemówił Euzebiusz. –Jeżeli już zasiądzie na tronie, to tak łatwo z niego nie ustąpi.

-Trzeba jakoś stamtąd wydostać Amelię!- Arwath prawie krzyknął. Elf pokręcił głową.

-To niemożliwe...nikt nie jest w stanie dostać się do zamku niezauważony. W dodatku Dacjan wszędzie ma swoich szpiegów. Jeśli się nie mylę, to są na naszym tropie...

-Nic tu nie zdziałamy...jedyne co nam pozostaje, to powiadomić Aureliego o śmierci Artura, niech ten zajmie się Dacjanem.

-A my powrócimy bez wsparcia...- dodał Arwath. –Ja nie mogę tak...

Nagle książę umilkł. Do gospody weszło pięciu mężczyzn, ubranych na czarno. Zaczęli się rozglądać po pomieszczeniu. Kuthin naciągnął na głowę kaptur. Jeden z przybyłych zapytał o coś oberżystę.

-Wynośmy się stąd!- syknął łowczy.

-Może nie tak naraz! Spostrzegą! – odparł Euzebiusz. Jednak kiedy mężczyźni wyjęli miecze nie mieli na co czekać, zerwali się z miejsc. Jednak wyjście było zagrodzone- stało tam trzech. Arwath, Euzebiusz i Kuthin pobiegli na piętro gospody. Mężczyźni ruszyli za nimi. Wbiegli do jakiegoś pokoju, łowczy otworzył okno. –Skaczemy!!

Elfowi nie sprawiło to najmniejszej trudności, książę również wyskoczył, jednak wykręcił sobie nogę w kostce. Obydwaj złapali tęgiego maga.

-Każdy w swoją drogę! I do domu! –krzyknął łowczy. Usłyszeli to zarówno mag i Arwath jak i ścigający ich. Jednak tylko Euzebiusz i książę pojęli o co elfowi chodzi. Arwath uciekał jakąś ciemną uliczką, utykał na nogę, która niemiłosiernie bolała. Oparł się we wnęce ściany, przy której się znajdował. Mężczyźni goniący go zatrzymali się na chwilę, tuz przy kryjówce młodzieńca, jednak pobiegli dalej. Odetchnął z ulgą. Wtem ściana za jego plecami ustąpiła i znalazł się w ciemnym pomieszczeniu. Został ogłuszony.

. . . : : : : . . .
Linna wspięła się na drzewo, rosnące przy murze zamkowym. –Chodź! Na co czekasz!- ponagliła chłopca, którego z nią wysłano. Wojmir- bo tak go nazwano, wdrapał się na drzewo za nią.

-I co teraz zamierzasz?

Linna spojrzała chytrze na chłopca. Miał może 12 lat, a może trochę mniej. Był synem jednego z banitów. Ona dostała się w ich ręce i przez nich została ogłuszona, długo po tym nie mogła dojść do siebie. Kiedy ona była nieprzytomna, posłaniec przyniósł list od księżniczki. Obiecywała ona wolność tym, którzy zostali wygnani przez Dacjana, jeśli pomogą jej uciec z zamku. Żądała aby przysłali kogoś, kogo nie będzie musiała się obawiać. Linna zaofiarowała, że wyprowadzi stamtąd bezpiecznie księżniczkę. Zgodzili się na to, pod warunkiem, że pójdzie z Wojmirem. W razie jej ucieczki lub zdrady miał o tym donieść, a oni już by się zajęli Linną. Jednak ona nie miała zamiaru uciekać. Jeśli pomogłaby księżniczce wydostać się z zamku, jednocześnie uniemożliwiłaby Dacjanowi zajęcie tronu.

Lina wyszeptała zaklęcie, z którego chłopiec zrozumiał jedynie: „Spowij nas, by wróg nie wiedział, że płynie czas!” Dziedziniec zalany został gęstą, czarna jak noc mgłą.

-Ruszajmy! Prowadź szybko, mgła niebawem ustąpi, a ja nie wiem w której wierzy szukać księżniczki.

Wojmir pobiegł do zachodniej wierzy. Nie była wysoka. W tylko jednym oknie świeciło się światło.

-Tam gdzie jest światło, tam mieszka księżniczka. –powiedział. Linę bardzo ciekawiło skąd wie, lecz nie miała czasu by pytać. Obok wierzy również rosło drzewo- spory buk. Linna szybko wdrapała się nań. Do komnaty można było dostać się po gałęzi drzewa. Dziewczyna ostrożnie szła ku oknu. Nagle zachwiała się, mgła skropliła się i konar był mokry. Szybko odzyskała równowagę i weszła przez otwarte okno do komnaty.

Amelia odwróciła się.

-K...kim jesteś?- zapytała nieśmiało. Księżniczka była starsza od Liny i wyższa od niej o głowę, mimo to była wątła.

-Nie lękaj się. Przysłali mnie banici.- odparła szeptem Lina. Amelia zamknęła drzwi na rygiel. –Jak się stąd wydostaniemy...?

-Tą samą drogą, którą ja przyszłam.- uśmiechnęła się Linna. Amelii nie bardzo spodobał się ten pomysł. Nigdy w życiu nie chodziła po drzewach... Jednak nie miała zamiaru pozostać w zamku. Dziewczyny zeszły z trudem na ziemię, gdzie czekał skryty w cieniu Wojmir. Kiedy opuścili mury zamkowe mgła przerzedziła się i wkrótce znikła. Gdyby zwlekali chwilę dłużej nie udałoby się im uciec.

. . . : : : : . . .

Arwath ocknął się, miał związane ręce, a głowa bolała go niemiłosiernie, obok niego leżał nieprzytomny czarodziej i Kuthin.

-Dacjan wysyła nowych szpiegów, którzy są fatalnie szkoleni.- usłyszał książę, ktoś stojący za nim przyłożył mu sztylet do szyi.

-Pozwól mi się chociaż bronić...- jęknął Arwath. Lecz ból zwiększył się i młodzieniec stracił przytomność.

. . . . : : : : . . . .



Linna uchyliła małe okienko w wynajętym pokoju. Gospoda, w której była z Amelią była bardzo licha. Wtem do pokoju wszedł Wojmir.

-Już wiedzą! Wiedzą o zniknięciu księżniczki!! Dacjan musiał dowiedzieć się tuż po tym jak z nami opuściła zamek! –wyrzucił z siebie jednym tchem chłopiec. Amelia położyła się na stary łożu, które jej przydzielono. Jednak nie mogła usnąć. Cała drżała. Linna spostrzegła to. Odłożyła swój miecz obok starej szafy, której drzwi tworzyło kilka zbitych ze sobą desek. Sama również położyła się na swoim łożu. Zamknęła oczy i zapadła w półsen. Po chwili zerwała się z łoża. Wojmir zniknął gdzieś. Amelia siedziała skulona, na posłaniu i nasłuchiwała.

-Co się stało? –zapytała drżącym głosem.

-Wyczułam...czyjąś żądzę mordu...-powiedziała Linna. –Szybko! Ukryj się! –wepchnęła księżniczkę do szafy. Gdy zamykała ją, drzwi do pokoju zostały wywarzone. Linna odwróciła się twarzą do mężczyzny o zimnych, brązowych oczach, których spojrzenie nie wróżyło nic dobrego. Miał na policzkach kilkudniowy zarost, był wysoki i dobrze zbudowany. Schował sztylet trzymany w ręce i uśmiechnął się krzywo.

-Dadivie! Na dziś wystarczy mi poszukiwania księżniczki. Niech pozostali szukają. Jeśli ją znajdą zamknąć w zamku i pilnować! A teraz dopilnuj, aby mi nie przeszkadzano!- krzyknął do jednego ze swoich strażników, po czym zamknął drzwi i powoli podszedł do Liny. Wywnioskowała ze słów mężczyzny, że jest on Dacjanem.

-A cóż to? Kobieta w męskim stroju?- zapytał i zbliżył się do niej.

-Jeśli zachodzi potrzeba. –odparła chłodno.

-Jak to się stało, że cię tu wcześniej nie ujrzałem? Wtedy spośród innych wybrałbym twoje usługi. –mężczyzna oparł się mocno dłońmi o szafę, do której przylegała plecami Linna. Znalazła się między jego prawą, a lewą ręką.

-Nie jestem...taka jak myślisz! –odparła hardo. Dacjan oderwał prawa dłoń od szafy, po czym uderzył weń pięścią, wybijając dziurę.

Amelia podskoczyła w szafie ze strachu. Zakryła usta dłońmi, by stłumić okrzyk, który cisnął jej się na usta.

Linna nawet nie mrugnęła okiem na jego gest.

-Dziewica...w męskich szatach...odważna...- mężczyzna pociągnął palcem po jej policzku i wardze. Odwróciła głowę.

-Czy ty aby na pewno jesteś dziewicą? Jego dłoń powędrowała od jej brzucha w górę, wtedy Lina odepchnęła go od siebie i sięgnęła po swój miecz. Dacjan złapał ją w talii i rzucił na łoże, ona jednak zdołała chwycić i obnażyć swą broń. Mężczyzna zrzucił pas z mieczem i sztyletem, dziewczyna wyprostowała dłonie, trzymając miecz prosto przed sobą. Dacjan w tejże chwili rzucił się nań nieopatrznie. Krew spłynęła z miecza Liny na jej dłonie. Zamknęła oczy, nie chciała widzieć jego pustego spojrzenia bez wyrazu. Zepchnęła trupa na podłogę. W głowie miała straszną wizję tego, co mogła się wydarzyć. Otworzyła szafę.

-Ruszajmy...jak najprędzej! Wojmir poszedł powiadomić banitów? –zapytała Lina próbując odzyskać pokój myśli. Amelia nie mogąc dobyć z siebie głosu tylko kiwnęła głową. Dziewczyna pomogła księżniczce wyjść z szafy. Pokój w którym były znajdował się na parterze, tak więc nie miały trudności z opuszczeniem go przez okno. Uciekały na oślep, Lina nie wiedziała jak dotrzeć do kryjówki banitów.

. . . . : : : : . . . .


Kiedy Arwath ocknął się po raz drugi nie poczuł już więzów na dłoniach. Leżał na twardym łóżku. Usiadł lecz poczuł ogromny ból w skroniach.

-Leż!- Kuthin mocnym pchnięciem umieścił go na powrót w łożu.

-Co się...?- zapytał słabym głosem książę.

-Jesteśmy w rękach, lub może raczej w gościnie banitów.- odparł Kuthin ze śmiechem.

-Nie rozumiem, Mistrzu...Banici z Natchat w Natchat?!- Garreth siedział w kącie na krześle. Arwath dopiero teraz go spostrzegł.

-Tak, zostali wygnani przez Dacjana, lecz on nie jest tu prawowitym władcą więc wobec nich nie posiada żadnej władzy. Tak więc, nie usłuchali jego rozkazu i pozostali w mieście. Lecz ukrywają się przed sługusami Dacjana. -wyjaśnił tropiciel.

-Ale my...- jęknął książę.

-Wzięli nas za szpiegów.

Ktoś zapukał, do pokoju weszło dwóch mężczyzn.

-Ruszamy po księżniczkę. Witamy jego wysokość i upraszamy o wybaczenie. –ukłonił się jeden z nich.

-Jak zamierzacie...? –Arwath pojął kolejna próbę wstania, lecz Kuthin nie pozwolił mu na to.

-Księżniczka uciekła z naszą wysłanniczką, wasza wysokość.- ukłonił się drugi.-Wojmir doniósł , że na ich tropie jest Dacjan. Ruszamy im z pomocą

-Idę z wami!

Linna zatrzymała się, pościg był tuż za nimi!

-Byłam tu! Ta uliczka...kryjówka banitów musi być tam!- wskazała kierunek północny i tam też pobiegła. Amelii brakowało tchu, gdy obie dziewczyny ujrzały jakąś grupę wojowników. Stanęły jak wryte. Zamarły. Jednak pośród obcych ludzi Linna dostrzegła Kuthina i Garretha. Pobiegła ku nim ciągnąc za rękę księżniczkę.

-Lina!!- Garreth wytrzeszczył oczy na jej widok. –Co ty tu robisz?! Miałaś być na statku!- chwycił dłoń zdyszanej dziewczyny, jakby chciał sprawdzić, czy to rzeczywiście ona, czy też złudzenie.

-Nie mogłam zostać na statku...

-Zdrajcy!! – gdzieś z góry dał się słyszeć krzyk Wojmira.

Wojownicy otoczyli Amelię i przygotowali się na atak, bo o ucieczce nie było mowy. Rycerze Dacjana rzucili się na nich. Linna ledwo trzymała się na nogach.

wtem Wojmir ujrzał w oknie jednego budynku strzelca. Celował w grupę banitów.

-Chrońcie księżniczkę!! –krzyknął najgłośniej jak umiał.

Linna popchnęła Amelię. Ujrzała łucznika wypuszczającego strzałę i niemalże w tej samej chwili poczuła ogromny ból w ramieniu. Krzyknęła z bólu.

2005-01-21 12:53:56 skomentuj (1)
Czarny Sztorm- czarna śmierć?

Lina ocknęła się. Siedziała na starej czereśni, niedaleko domu wuja Flida i jego ciotki. Nie mogła sobie przypomnieć jak to się stało, że się tu znalazła. Jednak nie przejęła się tym zbytnio. Zawsze cieszyła się z pobytu we Florynce. Kochała to miejsce. Zeskoczyła na ziemię. Nagle niebo zachmurzyło się. Lina powolnym krokiem ruszyła w stronę domu. Usłyszała, że ktoś ją woła. „Ten głos...tak dobrze go znam...”-Lina uśmiechnęła się i odwróciła.

-Flido!

Ciemnowłosy chłopak stał z nią twarzą w twarz. Patrzył na nią uważnie dużymi oczami. Jednak były one puste...bez wyrazu... Spojrzała w dół... Miecz, trzymany przez Flida przebijał jej brzuch na wylot. Spojrzała na powrót na Flida. Na jego ustach malował się szaleńczy uśmiech.

-Dlaczego...?


Linna zerwała się z posłania. Rozejrzała się nerwowo. Była w małej kajucie, a przy drugiej ścianie leżał w swojej koi Garreth. Odwrócił się do niej.

-Bardzo niespokojnie spałaś.- powiedział.

-Obudziłam cię?- zapytała nieśmiało.

-Nie. Nie jestem zmęczony. Nie śpię już od dawna.

-Przepraszam...gdyby nie ja miałbyś tutaj więcej miejsca...

-Co też mówisz? Nawet nie wiesz jak mnie raduje twoja obecność tutaj. –chłopak uśmiechnął się.- Bez ciebie pewnie bym tutaj sczezł z nudy.

Lina odpowiedziała szczerym śmiechem. Przez cały pierwszy dzień pogoda była piękna. Choć na niebie były skłębione chmury, to były pojedyncze i nie zwiastowały sztormu. Lina wyszła z kajuty. Przy nadburciu stał książę zapatrzony w dal.

-Witam Szlachetny Cieniu. –Lina skłoniła się nisko jak mężczyzna i uśmiechnęła się. Arwath odpowiedział tym samym.

-Nie wiedziałem, że znasz język elfów.

-Tylko trochę, ale gdy słyszę jak ktoś mówi w tym języku, czuje się jakbym znała go już od dawna. Dziwne, prawda?

-Tak.- książę uśmiechnął się. Jednak dziewczyna spostrzegła, że uśmiech jest powierzchowny.

-Co się dzieje, mój panie?- zapytała uważnie przyglądając mu się.

-Wierzę, że nasza misja się powiedzie.- odparł stanowczo. Lina krzywo się uśmiechnęła.

-Chyba raczej obawia się wasza wysokość, że się nie powiedzie. –powiedziała. Teraz książę przyjrzał jej się uważnie.

-Nic się przed tobą nie ukryje?- zapytał.

-Prawie nic... Nasza misja się powiedzie.

-Nie bądź tego taka pewna...

-Dlaczego?

-Mój stryj Artur, a władca Natchat, jest chory. Mój ojciec, jest młodszym bratem Artura, a starszym bratem Aureliego. Mój drugi stryj Aureli zginął z ręki orków, pozostawił jednak po sobie syna- Dacjana. Jest on mniej więcej w wieku Laurefina. Dacjan jest księciem w Rudin, to małe miasteczko, w którym byłaś z Mirandą na turnieju. Wcale to nie podoba mu się. Ma on wolę sprawować rządy w Natchat. Jednak Dacjan nie jest pokojowym człowiekiem, gdyby tylko dostał pod rząd całą armię Natchat rozpętałby zapewne wojnę, by zagarniać nowe ziemie. Pociągnąłby do wojny i nas. Nie możemy do tego dopuścić. Martwię się...bo mój ojciec i stryj Artur utrzymywali kontakt poprzez listy. Jednak już od trzech miesięcy nie ma żadnych wieści od niego. Stryj nie odpowiada na listy ojca...coś się musiało wydarzyć...

-Czy Król Artur ma potomstwo? –zapytała Linna.

-Owszem, córkę- Aurorę.

-Czyli najprostsza droga do korony...to ślub z Księżniczką Aurorą...- powiedziała Linna.

-Owszem. Póki stryj żyje, nie pozwoli by Dacjan poślubił jego córkę. Póki żyje...

-Gdyby nie żył, wiedzielibyście już o tym...chyba, że Dacjan jest tak podły, iż nie pozwala na żałobę...

-Wierz mi, jest do tego zdolny!

-Arwath!!- Euzebiusz bardzo rzadko wołał księcia po imieniu.

-Co się dzieje?- książę zaniepokoił się.

-Spójrz tam!- Kuthin wskazał czarną chmurę na niebie.

-Co to jest?- zapytał Arwath.

-Magia...- odparł Euzebiusz. Linna patrzyła na czarną jak noc chmurę, nagle z chmury w morze uderzył wielki podmuch wiatru. Powstała wielka fala, która bardzo szybko zbliżała się w stronę statku. Linna nie zdążyła niczego złapać, gdy fala zwaliła się na statek. Zmyłoby ją z pokładu, jednak czyjeś silne ramię oplotło ją w pasie. Dziewczyna zakrztusiła się wodą, kiedy ta już przetoczyła się przez statek, spostrzegła, że trzyma ją Kuthin.

-Gen hannon.( Dziękuje ci) -powiedziała nieco zdziwiona.

-Glassen!(moja przyjemność/cała przyjemność po mojej stronie)- odparł elf i wypuścił dziewczynę z uścisku.

-Co to za magia?!- krzyknął Arwath.

-Czarna magia...- odparł Euzebiusz.

-Tyle sam spostrzegłem! –zdenerwował się książę.

-Wybacz mój drogi, ale nigdy nie spotkałem takiego zaklęcia, specjalizuje się w Magii Szarej, nie w Czarnej!

-To zaklęcie Czarnego Sztormu.- powiedziała tajemniczo Linna. Mężczyźni spojrzeli na nią. –Czarny obłok, który przywoła wiatr i pioruny, wzburzy morze, jeśli nie zniszczymy go, nasz statek spocznie na dnie, razem z nami. –mówiła.

-Jak go zniszczyć?- zapytał Arwath.

-Pozwólcie mnie działać!- Euzebiusz zbliżył się do nadburcia. Wykonał charakterystyczne ruchy i wypowiedział zaklęcie: -Ognista kula!

Kula wielkości głowy trolla pomknęła w stronę czarnej chmury. Uderzyła w sam środek, jednak obłok rozpierzchł się na chwilę, by z powrotem przybrać swój poprzedni kształt. Stary czarodziej zachwiał się i upadłby, lecz łowczy w porę go wsparł. –To był bardzo wymagający czar...sam nie wiem co mogę jeszcze zrobić... –Euzebiusz wyglądał na bardzo zmęczonego.

-Lepiej odpocznij...będziemy musieli zmierzyć się z tym zaklęciem...- odparł ponuro Arwath. Linna patrzyła zafascynowana na czarną chmurę, która wciąż się do nich zbliżała.

„Takie zaklęcie rzucane na odległość nie są kontrolowane...to znaczy, że musi tu być coś, co je przyciąga...”- pomyślała Linna. Nagle przypomniał jej się koszmar. Wróciła biegiem do kajuty, podniosła swoja poduszkę...leżał pod nią czarny, owalny kamień, wielkości dwóch palców. Mienił się dziwnie, jakby odbijała się w nim tęcza.

-Nie mam pojęcia jak z tym walczyć...- wyznał szczerze Arwath Kuthinowi.

Lina wyjęła z kołczanu Kuthina strzałę, przywiązała doń kamień.

-Wystrzel to! Byle daleko!- nakazała. Łowczy i książę byli zaskoczeni jej nagłym pojawieniem się.

-Alhenion...(nie rozumiem)- odparł elf.

-Strzelaj!!

2005-01-21 12:52:59 skomentuj (0)
pasażer na gapę

Lina wskazała Aradanowi komnatę i szybko odeszła. Starzy przyjaciele porozmawiali chwilę i pożegnali się.

Lina siedziała na parapecie okna, mieszczącego się w najwyższej wieży całego zamku. Lubiła spędzać tu czas, szczególnie rozmawiając z Flidem. Teraz również to czyniła.

„Szary Łuk...jak mogłam nie spostrzec! Nawet jego imię jest elfickie!”

Wiele osób nosi elfickie imiona i nie jest elfami, choćby ty!

„Owszem, ale wszystko wskazywało na to, że on należy do rasy nieśmiertelnych: nigdy nie chorował, jego rany zadziwiająco szybko się goiły, i kształt jego uszu...”

Tak, ale uwierzyłaś mu, kiedy powiedział ci, że nie jest elfem

„Bo byłam głupia! Nadal jestem...”

-Nie jesteś.- w wierzy stanął Kuthin.

-Nie prosiłam cię o przerywanie kontaktu z moim przyjacielem!- rzuciła ze złością Lina.

-Wybacz... Chciałem Ci wyjaśnić... dlaczego powiedziałem...

-Dlaczego mnie okłamałeś?!- Lina nawet nie spojrzała na niego.

-Masz racje...tak to trzeba nazywać... Nie chciałem...

-To trzeba było nie robić czegoś wbrew sobie!

-Przemawia przez ciebie złość, w niej mówi się wiele rzeczy, których później można żałować.

-Jak możesz prawić mi morały po tym jak mnie okłamałeś? –Lina zeskoczyła z parapetu. -Może to dla ciebie nic nie znaczy, ale dla mnie byłeś kimś ważnym! Ufałam ci jak dziecko, wierzyłam, że wrócisz, choć nie mówiłam tego głośno! Zawsze byłam sama! Nikomu nie ufałam! Wiedziałam, że nie mogę bo ktoś może mnie zranić! Ale tobie zaufałam! I zraniłeś mnie! Mogłam się tego spodziewać! Teraz mogę ci to śmiało powiedzieć: byłeś dla mnie kimś ważnym! –Lina chciała opuścić wierzę, ale Kuthin chwycił ją za ramię.

-Dlaczego „byłeś”? I dlaczego dopiero teraz możesz mi to śmiało powiedzieć? Nie powiedziałabyś mi tego? Nie miałabyś odwagi!?- elf podniósł głos.

Oczy Liny zaszkliły się.
-A po co? Syn króla elfów z Zakazanego Lasu nie potrzebuje głupiego zaufania samotnej śmiertelniczki! I teraz...to przez ciebie przemawia gniew! –Lina wyrwała się i pobiegła na dół.

-To nie tak miało być...- łowczy przyszedł do wierzy z postanowieniem pogodzenia się z dziewczyną. Cała rozmowa potoczyła się nie tak, jak powinna, bo dał się ponieść emocjom. Kuthin zastanowił się: „Właściwie, jakie ona budzi we mnie emocje...?” nie potrafił ich określić...

Lina położyła się do swojego łoża. Spojrzała w okno i zobaczyła okrągły księżyc.

„Flido?”

Flido wstał od stołu, słysząc głos przyjaciółki w głowie. Wyjrzał przez okno i zobaczył księżyc w pełni.

„Słucham.”

„Jaki piękny dziś księżyc.”

„Widzę”- Flido uśmiechnął się. „Co ci powiedział?”

„Kto?

„Kuthin. Słyszałem jego słowa, albo może raczej myśl?”

„Chciał się wytłumaczyć, dlaczego mnie okłamał...”

„Chciał? Nie pozwoliłaś mu...?”

„A po co? Po co mi kolejne kłamstwa?”

„Nie możesz tak mówić, Kuthin to prawy elf. Choć spotkałem go tylko dwa razy w życiu zaskarbił sobie moją przyjaźń. Jest godny zaufania, ale jak widzisz każdemu zdarza się słabość... Czujesz się zraniona?”

„Tylko oszukana”

Flido zmarszczył brwi. „Tylko oszukana?”

Co w tym niejasnego?

„Ależ nic...i jednocześnie wszystko...”




-Kiedy ruszacie?- zapytał Laurefin, wchodząc do komnaty Arwatha bez pukania.

-Jutro z rana.

-Jadę z wami!

-Nie! Ojciec wysłał mnie! To znaczy, że ty jesteś potrzebny tutaj!

-Ojciec poradzi sobie z obroną! Zresztą nie będzie sam! Kuthin i Euzebiusz będą go wspierać!

-Zarówno łowczy jak i mag ruszają ze mną.- odparł Arwath, chowając swój miecz do pochwy. –Dlatego ty zostajesz tu, z ojcem.

-Ale...

-Nie martw się bracie, poradzę sobie.

-W to nie wątpię, lecz nie wiem, czy zdołacie dotrzeć do Natchat... Wiesz jakie są teraz sztormy...w dodatku jeśli będziecie płynęli przez Mroczna cieśninę...

-Nie martw się. Poradzimy sobie. Bądź spokojny.


Lina przechodziła właśnie obok komnaty księcia i słyszała całą rozmowę. „Ruszają po pomoc...”- pomyślała.


Następnego dnia o wczesnej porze książę Arwath, wraz ze swoim oddziałem, Kuthinem i Euzebiuszem wyruszyli do Natchat. Łowczy był niespokojny i wyraźnie był w złym nastroju. Garreth, który wyruszył z nimi odczuł to na własnej skórze, gdy łowczy okrzyczał go o to, że „plącze się pod nogami”.

-Co się dzieje, Kuthinie? –Arwath podszedł do opierającego się o nadburcie tropiciela.

-Nic takiego...

-Przecież widzę. Zawsze chwaliłeś Garretha, że to młody i zdolny chłopak, a teraz krzyczysz na niego bez powodu. Twoje zachowanie nie jest normalne.

-Masz rację... Wiesz kim jest Linna?

Ciemnowłosy książę zastanowił się chwilę. –To ta dziewczyna, z którą Miranda uwielbia spędzać czas. Dużo o niej słyszałem, że świetnie włada mieczem, że jest bardzo zwinna, że jest mądra... Niektórzy mówią nawet, że jest z rodu nieśmiertelnych...ale w to nie wierzę, bo wygląda jak normalna dziewczyna, nie jak elfka.

-Nie jest elfką... ale jest dla mnie kimś ważnym...a ja ją okłamałem... w dodatku, kiedy chciałem ja przeprosić...mało co nie doprowadziłem jej do płaczu...

Nagle z bocianiego gniazda usłyszeli głos:

-Ląd zniknął za nami! –po olinowaniu Lina zjechała na dół, a osłupiały Kuthin patrzył na nią rozszerzonymi ze zdziwienia oczami.
2005-01-21 12:52:26 skomentuj (0)
Szary Łuk

-Nie krzycz.- Aradan odsłonił usta Mirandy, która natychmiast zaczęła krzyczeć. Zakrył jej usta.-Nie wyrządzę ci krzywdy, a twój krzyk i tak na nic się nie zda, jedyne co nim możesz zdziałać to przywołać tu hordy orków, lub goblinów jeśli wolisz.

-Kim jesteś?

-Ważne jest kim ty jesteś. Jako księżniczka ułatwisz mi spotkanie z Księciem.

-Chcesz go skrzywdzić? Jeśli tak...- Miranda wyrwała się Aradanowi, który nie trzymał jej już tak mocno jak na początku i pobiegła do swojego konia, a Aradan za nią. Dziewczyna zdążyła wyjąć miecz.

-Umiesz się nim chociaż posługiwać?- Aradan obrzucił Mirandę niedowierzającym spojrzeniem, co ją rozzłościło. Zamachnęła się, chcąc uderzyć z prawej, jednak mężczyzna schylił się unikając ciosu. Miranda zatoczyła się pod wpływem zamachu. Aradan wykręcił jej ręce do tyłu i odebrał miecz. Jęknęła z bólu.

-Jeśli przestaniesz uciekać i próbować się bronić, to nie będę zmuszony zadawać ci bólu.

-Dlaczego chcesz widzieć się z moim ojcem?!

-W sprawie, której nie pojmiesz. –Aradan gwizdnął przeciągle na palcach. Z krzewów wybiegł czarny jak heban koń. Mężczyzna przemówił do zwierzęcia w nieznanym Mirandzie języku.

-Wybacz, ale muszę mieć pewność, że nie uciekniesz.- Aradan skrępował ręce Mirandzie, po czym posadził ją na konia i sam również wsiadł.

-Noro lim!

Pogalopowali niezwykle szybko prosto do zamku. Miranda przyglądnęła się dobrze mężczyźnie: był wysoki i dobrze zbudowany, miał brązowe włosy do ramion i szlachetne rysy twarzy. Kiedy dotarli do zamku Miranda chciała zsiąść z konia i pobiec do zamku by wszystkich ostrzec przez nieznajomym, jednak on był na to przygotowany. Chwycił ją za ręce i prowadził przed sobą.

-Prowadź wasza wysokość do swego ojca!

-Nie! Nie zaprowadzę cię do niego!! Nie pozwolę go skrzywdzić!

-Nie krzycz! Chce tylko o czymś powiadomić Księcia!

-Naprawdę?

-Tak, prowadź!- Aradan popchnął lekko Mirandę-Jeśli jednak będziesz próbowała mnie oszukać, będę musiał użyć siły.

Miranda zdawała sobie sprawę, że wobec niego sama nie ma żadnych szans.

-I jeszcze jedno, nie próbuj wołać strażników, to tylko wszystko skomplikuje.

„Nie wierzę ci!”- pomyślała Miranda, jednak przechodząc obok strażników zapewniała ich, że wszystko w porządku. Choć wysyłała im błagalne spojrzenie nie potrafiła powiedzieć im tego wprost. Zbyt bardzo bała się bólu jaki mógł jej zadać nieznajomy. Nagle mało co nie wpadła na Linę wychodzącą zza zakrętu. Dziewczyna obrzuciła mężczyznę i Mirandę czujnym spojrzeniem.

-Czy wszystko w porządku?- zapytała.

-Owszem...- jęknęła Miranda, błagając ją w myślach, by nie była tak ślepa i głupia jak strażnicy i nie zostawiła jej samej.

-Czy to siostra waszej wysokości?- zapytał uprzejmie Aradan.

-Nie, ale chętnie potowarzyszę księżniczce.- odparła Lina, wyczuwając, że coś jest nie tak.- A dokąd zmierza wasza wysokość w towarzystwie....

-Aradana.- powiedział nieznajomy.

-Lorda Aradana?

-Idziemy do ojca...- odpowiedziała Miranda. „Błagam cię, chroń jego i mnie jeśli zajdzie potrzeba!”- błagała w myślach. Kiedy dotarli do komnaty króla, Miranda zastukała i po przedstawieniu się usłyszała zaproszenie. Jednak gdy chciał wejść Aradan zatrzymał ją, sam wszedł do komnaty i zamknął za sobą drzwi.

-Kto to jest?- zapytała Lina. Miranda chciała otworzyć drzwi, jednak były zaryglowane od środka.

-Nie wiem! Porwał mnie w lesie kiedy odprawiłam Thomasa! I kazał zaprowadzić się tu! Zamknął drzwi! Jeśli on skrzywdzi ojca to...och...nigdy sobie tego nie wybaczę!

-Chodź!- Lina chwyciła Mirandę za rękę i wybiegła z zamku.

-Tak się składa, że przy oknie komnaty Księcia rośnie drzewo!- Lina wdrapała się na wielkiego buka.

-Ja nie umiem chodzić po drzewach!- piszczała na dole Miranda.

-Wybacz, ale ty i tak nie wiele zdziałasz, jeśli Księciu coś grozi!- odparła Lina. Przeskakiwała po gałęziach, aż znalazła się tuż przy oknie komnaty Księcia. Teraz wszystko widziała i w razie konieczności mogła dostać się do pomieszczenia. Miranda w tym czasie pobiegła zawołać straż.

-Powtarzam wasza wysokość, królestwo jest otoczone, przedostałem się tutaj z wielkim trudem. Atak to kwestia czasu. Jeśli nie otrzymacie wsparcie królestwo zostanie doszczętnie zniszczone, gdyż te istoty nie znają litości, ich wojna jest wojną wyniszczenia.- mówił Aradan.

-Kuthin mówił to samo...i trudni mi było uwierzyć w jego słowa...choć jego mądrość jest wielka...w końcu oglądał setki lat więcej od ciebie czy mnie, mój Lordzie...-Lina słysząc słowa Księcia zakryła usta z wrażenia. Kiedy była mała podejrzewała, że łowczy może być kimś wyjątkowym...że może być elfem! Lecz to były tylko dziecięce marzenia i Lina wiedziała, że to nieprawda. Szczególnie, że łowczy wypierał się jakoby miał być nieśmiertelny... Dziewczyna poczuła się oszukana.

-Co wiec wasza wysokość zamierza uczynić?- zapytał nowoprzybyły.

-Z największą przykrością musze odmówić...wzywają mnie do Edhelfalch, w sprawie nie cierpiącej zwłoki.

-Jakaż szkoda...

Lina przylgnęła do muru, widząc wzrok Aradana wędrujący ku niej.

-Masz niezwykle troskliwą służbę, panie.- powiedział spoglądając w okno, na którym siedziała Lina. Dziewczyna zeskoczyła po gałęziach na ziemię i poszła pod drzwi komnaty Księcia, gdzie Miranda ze strażnikami czekali na jakiś sygnał, by wpaść do komnaty.

-Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Odeślij straż, Mirando.- powiedziała Lina.

- Skąd ta pewność?!

-Aradan to prawy człowiek, który ryzykował własne życie, by ostrzec nas...

-O czym?- zapytała Miranda.

-Nieistotne, odpraw ich.

Miranda rozkazała strażnikom odejść. –Powiesz mi teraz o czym to miał nas ostrzec ów przybysz?

Wtedy z komnaty wyszedł Aradan. Uśmiechnął się do dziewcząt.

-Mam nadzieję, że księżniczka nie żywi do mnie urazy, gdyż zachowałem się nieprzyzwoicie, ale na swoją obronę mam to, iż czyniłem to w desperacji.

-Wybaczam to jego mości...- odparła Miranda.

-Jak długo Lord z nami zostanie? –zapytała Lina.

-Krótko, jutro rano wyruszam w drogę.

-Gdzież tak spieszno Ci, panie?

Mężczyzna uśmiechnął się.

-Jesteś niezwykle dociekliwą niewiastą, przypominasz mi kogoś.

-Kogo? –pytała Lina.

-Dwie osoby. Jedna z nich to najpiękniejsza kobieta jaką znam, a druga... znasz go. Mam na myśli waszego Wielkiego Łowczego.

Wtem nadszedł Florian.

-Witaj księżniczko, jak przejażdżka z paniczem Thomasem? Udała się?- zapytał z odrobina wyrzutu.

-Chyba nie jesteś zazdrosny?- zapytała Miranda.

-Ja? Ależ skąd!

-Jeśli, mój panie pozwolisz chętnie wskażę komnatę, w której odpoczniesz.- zaoferowała Lina.

-Chętnie, nie chciałbym przeszkadzać...

Lina i Aradan odeszli. Gdy szli korytarzem spotkali Kuthina.

-Aradanie! Jakże miło cię tu widzieć!- Kuthin i Aradan uścisnęli się w geście powitania. Lina odsunęła się na bok i wbiła wzrok w podłogę. Łowczy spojrzał na nią.

-Witaj, Lino. –tropiciel przekręcił głowę tak, że patrzył teraz dziewczynie w oczy, choć starała się uniknąć jego wzroku. Spojrzała na niego lodowato. „Kuthin”

-Witaj, Szary Łuku. –odpowiedziała równie chłodno jak jej wzrok. Na twarzy łowczego odmalowało się zdziwienie. –Nie wiedziałem, że znasz starożytny język.

-Owszem, -Lina uniosła wyżej głowę.-znam język elfów i wiem znacznie więcej niż jako dziecko, które znałeś.- spojrzenie dziewczyny wręcz krzyczało: „Okłamałeś mnie!”

2005-01-21 12:51:54 skomentuj (0)